poniedziałek, 21 września 2009

Rosja - początek

Pierwszy raz jechaliśmy do Kaliningradu sześcioosobową grupą. Na dworcu mieli nas odebrać Rosjanie i zawieźć do Svetlogorska. Ponieważ podróżowaliśmy po raz pierwszy, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że przekroczenie granicy z Rosją oznacza stratę co najmniej 2-3 godzin. O tym, co na granicy - innym razem.

Tak więc nieświadomi powyższego faktu zjawiliśmy się w Kaliningradzie grubo po 21. W marcu to już ciemno. Namierzyli nas Rosjanie, wsiedliśmy do busa i odjechaliśmy w mrok.

To był, jak wspomniałem, marzec. Okres wypalania traw. Jak się okazuje, zwyczaj ten znany jest także w Rosji. Wyobraźcie sobie: ciemna noc, pusta szosa i tylko na horyzoncie, jak okiem sięgnąć, łuny pożarów. Wrażenie niesamowite. Od czasu do czasu z mroku wyłaniały się jakieś opuszczone, zdewastowane resztki budynków. Krajobraz iście wojenny. Zastanawiałem się wtedy, co mnie podkusiło, żeby jechać do tej dzikiej krainy, w której na każdym rogu stoi policjant z białym niedźwiedziem na smyczy.

Svietlogorsk okazała się jednak bardzo gościnny. Przypominał mi Sopot - położony nad samym morzem, nastawiony głównie na turystykę, z mnóstwem hoteli. Pamiętam, że gdy poszliśmy pierwszego dnia na spacer do sklepu okazało się, że na głównym parkingu w mieście stały wyłącznie nowiutkie Mercedesy. A o tym jak żyją zwykli Rosjanie - już niedługo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz